Review 'Lunar Clock II' by MLWZ (Poland)

2026 Februari 2, by Rysiek Puciato

Właściwie idąc za sugestią samego zespołu można by rozpocząć ten opis następująco: „(…) Lunar Clock to zespół artrockowy pochodzący z okolic Amsterdamu w Holandii. Ich brzmienie to melodyjna, filmowa mozaika – eteryczne tekstury przeplatają się z nastrojowymi pejzażami dźwiękowymi. Czerpiąc inspirację z innowacyjnych brzmień późnych lat 60., 70. i 80., tworzą muzykę, która brzmi zarówno vintage, jak i wizjonersko, przenosząc słuchacza do wyjątkowo sugestywnego świata”. Można by dalej napisać, tak standardowo, że właśnie wydali swoją drugą płytę pt. „Lunar Clock II”, która „(…) [jest – przyp.RP.] podróżą przez krajobrazy wewnętrznego i zewnętrznego „ja”. Odważnie eksploruje przepaść między obserwacją a interpretacją, tańcem dualności i samotną ścieżką ku transformacji i celowi. Muzycznie album stanowi głęboką i organiczną ewolucję charakterystycznego brzmienia zespołu, splatającego ciemność i światło w misterną, spójną całość”. I, w zasadzie, zakończyć pozostawiając Państwu pole do samodzielnej oceny tego wydawnictwa.

Ale nie idźmy po najłatwiejszej z dróg. Wszystko dlatego, że zanim ocenią Państwo nową płytę Holendrów warto zwrócić uwagę na poprzednią, debiutancką. Kiedy bowiem w roku 2015 ukształtował się już ostateczny skład zespołu jego muzyka koncentrowała się na progresywnym popie, z mieszanką The Beatles, 10cc, ELO i symfonicznego rocka z początku lat 70. Po zmianie gitarzysty zespół postanowił pozostać przy symfonicznych wpływach lat 70. I skupił się na realizacji muzycznych pomysłów opartych na interpretacji słynnego obrazu Edwarda Muncha „Krzyk natury” (norw. „Skrik”), używając w procesie twórczym takich instrumentów jak: mellotron, moog i pedały basowe. Powstała w ten sposób suita przekształciła się w 40-minutowy utwór, który w pewnym momencie stał się samodzielnym projektem studyjnym, dostępnym na płytach CD i w wersji cyfrowej. Dla tych, którzy lubią progresywnie zorientowaną muzykę improwizowaną jest to album z cyklu ‘warto posłuchać’. Elementy psychodelicznego ambientu pomieszane z tradycyjną muzyką progresywną w jej symfonizująco-metalowej postaci mają moc, która porusza. Trzyczęściowa kompozycja „Metabolism” wodzi po psychodeliczno-ambientowych krainach, a zgaszony wokal każe dokonywać własnych przemyśleń na temat świata natury, który nas otacza. A to tylko jeden z utworów z tego debiutanckiego albumu, który nosi zwyczajny tytuł – „Lunar Clock”. Warto wracać do tego albumu.

Najnowsze wydawnictwo nie jest albumem koncepcyjnym w takim sensie jak poprzedni. Nie próbuje inspirować się czymś „jednym, określonym”. Spotkałem się nawet z terminem „album linearny” w odniesieniu do niego. Po kolei prezentuje dualizmy, sprzeczności z jakimi się spotykamy, eksploruje świat na granicy tego co wewnętrzne i zewnętrzne, tego co w nas i poza nami.

Rozpoczyna go wstęp – „Night Owl (Announcement)” – od razu serwując nam pierwszą ze sprzeczności: „(…) Siedzę, patrzę, wiem (…) Patrzę, czuję, rosnę” na tle klawiszowej improwizacji rodem z muzyki ambientowo-eksperymentalnej. I ta improwizacja w mniejszym lub większym stopniu będzie towarzyszyła słuchaczowi w każdym z następnych utworów, które (tak „z grubsza”) można podzielić na instrumentalne (wypadałoby w tym miejscu dodać: instrumentalno-eksperymentalno-jazzrockowe), prawie instrumentalne (z niewielką zawartością linii wokalnych) i… instrumentalno-wokalne. Łatwo się dzieli, nieco inaczej wypada to podczas słuchania. Bowiem każda z kompozycji zawartych na tym nieoczywistym albumie jest jak (chyba często wspominana metafora) czekoladka wyciągana ze szczelnie zamkniętej bombonierki. Każda zaskakuje, czasami przy pierwszym przesłuchaniu nieco odrzuca, ale też poprzez tą niejednorodność przyciąga i zadziwia. Bo „Lunar Clock II” to podróż przez krajobrazy wewnętrznego i zewnętrznego „ja”. Odważnie eksploruje przepaść między obserwacją a interpretacją, tańcem dualności i samotną ścieżką ku transformacji i celowi. Muzycznie album stanowi głęboką i organiczną ewolucję charakterystycznego brzmienia zespołu, splatającego ciemność i światło w misterną, spójną całość. By oddać tę złożoność zespół posługuje się wieloma muzycznymi sposobami: jazzrockową improwizacją, eksperymentem, ambientowym nastrojem, wyciszonym wokalem, progresywnym kołysaniem oferując w efekcie muzyczny konglomerat, który przy każdym kolejnym przesłuchaniu dostarcza wielu wrażeń, pozwala „wynaleźć” koneksje pomiędzy poszczególnymi utworami, jakąś muzyczną ciągłość i spójność opowieści.

Wspominany wcześniej utwór „Night Owl (Announcement)” zadziwia początkiem ekspresyjnym, dziwnym, bardzo nieoczywistym, by w ciągu dwóch minut przejść z eksperymentalnego brzmienia do mocnego aranżu.

„Sateria” – przy pierwszym przesłuchaniu odrzuca jakby zbyt eksperymentalnym podejściem do aranżacji, ale jednocześnie w miarę słuchania zaczyna wciągać słuchacza swoją jazzrockową atmosferą. Pojawiające się mniej więcej w połowie klawisze wdzierają się w najbardziej intymne zakątki duszy to zachęcając do dalszego ciągu, to zniechęcając niczym walka białego z szarym, złego z dobrym.

„Metaphors” – dryfuje poprzez intymne morze zagubienia i wspomnień, które niczym fantomy stale towarzyszą słuchaczowi w postaci szeregu elektronicznych wstawek o ambientowej charakterystyce. Lekko, elektronicznie, kołysząco…, lecz zarazem jakoś szaro brzmi linia wokalna. Dwugłos w czwartej minucie tworzy atmosferę tajemniczości, spajając całość w bardzo psychodeliczne płynięcie w poprzek dźwiękowych fal.

„Oculus Lunae / Oculus Terrae” – oko Księżyca i oko Ziemi… Dwie obserwujące się sfery. Niczym dobro i zło, radość i smutek, niczym wieczny dualizm tworzą atmosferę tego instrumentalnego utworu. Epickość i bombastyczne brzmienia syntezatorów przemieszczają się od kołyszącej wielkości do patetycznego zakończenia.

„Night Owl (Conclusion)” – nie jest, jakby mogło się zdawać, muzyczną kontynuacją utworu pierwszego. To jego druga strona. Stworzona przez eksperymentalne jednostkowe dźwięki syntezatorów połączone z industrialnymi odgłosami muzycznych maszyn stworzonych przez niepokojące frazy szalonego muzycznego eksperymentatora. I to zatrważające podsumowanie: „(…) We sit, we watch, we know / We look, we sense, we grow / We dance, we sing, to show / A morning sun to glow”.

„Where the Birds Hide” – nieco psychodelii, elektronicznych dodatków i wkraczamy w świat sennego nastroju, błogostanu, wspaniałych dźwięków klawiszy i pozaświadomej podróży na skrzydłach kolejnych fraz muzycznych. I taki stan trwa do siódmej minuty, kiedy to władzę nad kompozycją przejmuje improwizacja, by zakłócić ten błogostan chwilą nieskrępowanego eksperymentu, który jednak w końcowej części ponownie wraca na elektroniczny szlak psychodelii ze wspaniałą linią basu. Jest też linia wokalna, ale ta pojawia się dopiero na dwadzieścia sekund przed zakończeniem utworu, który trwa niemal dziesięć minut.

„Life Through Corridors” – utwór zainspirowany chińskim tekstem „36 Forteli” to transowa opowieść o marnowaniu czasu, o niepotrzebnym zamartwianiu się. Muzycznie to stonowana ballada z niespiesznym, transowym rytmem i egzystencjalnie przerażającym refrenem: „(…) Czekanie jest marnotrawstwem. Czekanie jest marnotrawstwem (poruszaj się szybko jak wiatr). Czekanie jest marnotrawstwem (zwartym niczym drewno)”.

„The Dreamer” to wspaniała coda. To wspaniałe zakończenie tego albumu. Elektroniczny patos, płynące tangerinowskie dźwięki i przebijające się progresywne frazy sekcji rytmicznej. Wokal pojawiający się gdzieś w czwartej minucie sprawia, że całość nabiera specyficznego, niemal monumentalnego charakteru, który brzmi niczym oda radości, gorąca pochwała życia i świata. Brzmi jak happy end w dramatycznym filmie, jak zaskakujące zakończenie książki, tak jak powinna brzmieć coda kończąca nieoczywistą płytę.

Nie powiem, że jest to płyta miła, łatwa i przyjemna. Nie powiem, że jest to album prosty w odbiorze i taki, jakich wiele. Nie powiem, że z jakąś dużą siłą będę zachęcał Państwa do jego przesłuchania. Nie będę. Jest to album nieoczywisty, skierowany do tych, którzy poszukują muzyki nietuzinkowej, momentami trudnej, ale w końcowym efekcie wspaniałej. Jeżeli ktoś ma wcześniejsze doświadczenia z jazz rockiem, psychodelią, muzyką elektroniczną, to bez trzech zdań polubi to wydawnictwo. Pozostałych zachęcam raczej, by zaczęli od dwóch ostatnich utworów i potem (o ile jeszcze będą mieli chęci i siły) przeszli do wcześniejszych. By powoli wyciągali te „muzyczne czekoladki” z bombonierki pt. „Lunar Clock II”.

Visit website MLWZ

© Lunar Clock
Author: © Lunar Clock